Egzystencjalistyczny absurd

POSTAWY EGZYSTENCJALNE,
czyli jak to się zaczęło…


Pierwiastkowanie

Egzystencjalizm (łac. existere – pojawiać się, powstawać, być, istnieć; existentialis – dotyczący istnienia) to kierunek filozofii współczesnej przejawiający się w szerzej rozumianej kulturze, w życiu codziennym i obyczajowości, którego właściwym przedmiotem badań jest człowiek, jako jednostka ludzka lub –mówiąc inaczej – jest to kierunek, który za punkt wyjścia uznaje indywidualną egzystencję człowieka i jej fundamentalne własności. Mianem egzystencjalizmu możemy określić „(…) rodzaj spekulacji filozoficznej, która opiera się na przeciwstawieniu jednostki, niepowtarzalnej i wolnej, tłumowi czy społeczeństwu masowemu. Egzystencjalizm zakłada również, że wszyscy ludzie ponoszą całkowitą odpowiedzialność za sens swojej egzystencji i samookreślenia”.[1] Ogromny wpływ na ukształtowanie się charakteru filozofii egzystencjonalnej miały przemiany historyczne i sytuacja społeczno-polityczna w Europie. Prąd ten był reakcją na ogólny rozpad wartości „starego świata”. Ambicją filozofów egzystencji było wskazanie egzystencjalnej alternatywy zagubionemu i oszołomionemu człowiekowi XX wieku, który doświadczył bezsensu i okrucieństwa I oraz II Wojny Światowej, zniewolenia w totalitarnych systemach władzy. Przeciwstawiając się idealistyczno-metafizycznej tradycji filozofii europejskiej, egzystencjaliści podjęli z perspektywy jednostki kluczowe dla niej pytania, dotyczące sensu życia, niepowtarzalności i wyjątkowości ludzkiej egzystencji, jej wartości i celu.

Prekursorem i prawdziwym twórcą filozofii egzystencjalnej był Kierkegaard. Właśnie od niego Heidegger wziął ogólną koncepcję filozofii i zasadnicze pojęcia. Przejął terminologię, a także uczuciową postawę, pesymistyczne zabarwienie całego poglądu na życie. Natomiast już od Kierkegaarda i Heideggera był już tylko Sartre. Myślą Kierkegaarda było, że najgłębsza rzeczywistość wymyka się definicji pojęciowej, może być przeżyta, ale nie może być przedmiotem wiedzy intersubiektywnej. Filozofia taka, jaka jest zwykle uprawiana, wydawała mu się ze swymi ogólnymi pojęciami nazbyt abstrakcyjna. Chciał filozofii wnikającej w samo konkretne istnienie człowieka i jego właściwości etyczne i religijne. Filozofię taką nazywał „egzystencjalną”.  Jego filozofia była zwrócona przeciw heglizmowi. Ale z tego, co u niego było bronią przeciw systemom filozoficznym, egzystencjaliści XX wieku zaczęli tworzyć nowy system.

Genealogia egzystencjalizmu sięga wszakże dalej jeszcze niż Kierkegaarda. Przed nim nie miał nazwy i nie rozwijał się w sposób ciągły, jednakże zalążków możemy doszukiwać się już u Pascala. Egzystencjalizm posiadał przynajmniej cztery motywy. Motyw humanizmu, – że istnienie ludzkie jest właściwym tematem filozofii – jest już u Sokratesa. Motyw – infinityzmu – że człowiek skończony styka się wciąż w istnieniu swym z nieskończonością – jest u Platona, a zwłaszcza u Augustyna. Motyw tragizmu, – że istnienie ludzkie jest wypełnione troską i grozą śmierci – jest u Pascala („Ostatecznie bowiem czymże jest człowiek w przyrodzie? Nicością wobec nieskończoności, wszystkim wobec nicości, pośrodkiem miedzy niczym, a wszystkim”, według Pascala człowiek jest jedynie wątłą trzciną, ale myślącą. Z matematycznej perspektywy człowiek jest nieskończenie mały, ponieważ Bóg jest nieskończenie wielki. Powoduje to mentalne oddalenie od Boga, poczucie lęku i trwogi, a w następstwie ucieczkę w rozrywkę.). I wreszcie motyw pesymizmu:, że człowieka otacza nicość, że nie ma nic, na czym mógłby się oprzeć. [2]

Egzystencjalizm podzielono ostatecznie na:  ateistyczny (przedstawiciele: Jean Paul Sartre i Albert Camus) i teistyczny (Gabriel Marcel, Karl Jaspers).

Przejście między dwoma

Genealogicznych korzeni tego kierunku, można upatrywać już w filozofii starożytnej. Istotę rozważań o człowieku można znaleźć już u Sokratesa, motyw infinityzmu, czyli łączenia się ludzkiej skończoności z nieskończonością pojawia się u Augustyna. Motyw tragizmu, groźbę śmierci poruszał Pascal. Nie był, więc egzystencjalizm wyalienowanym i oderwanym od głównych nurtów filozofii kierunkiem. W historię myśli filozoficznej o człowieku wniósł własne motywy, takie jak: poczucie samotności, czy poczucie wyobcowania jednostki ludzkiej.

Punktem wyjścia egzystencjalistów była rozprawa o egzystencji. Prowadzili pewną grę słowną dodając termin esencji, która rzekomo miała jedynie istnieć i nie przekraczać, ani wyprzedzać egzystencji. Owej esencji miało nawet nie być. Sartre pisał natomiast, że egzystencja poprzedza esencję. Istota ta (esencja) jest czynnikiem powszechnym i określonym, raz na zawsze, czyli najpierw istnieje i powstaje, dopiero później się definiuje. Egzystencja zostaje przez egzystencjalistów nazwana egzystencją ludzką. Człowiek staje się podmiotem, sama idea nie jest rzeczą abstrakcyjną, teraz jest to już byt ludzki. Skoro jest bytem konkretnym, to i w takim razie najważniejszym, najlepiej znanym,  a w istocie pierwszym. Zaprzecza to Sartre’owi – żadna esencja już nie wyprzedza egzystencji.
Człowiek jest świadomy swego istnienia (Sartre’owski byt „dla siebie”). Nie tylko pojmuje swoją obecność, ale także ma wpływ na nią, widzi siebie także takim, jakim chce być. Byt świadomości to byt „dla siebie”. Jego bycie polega na nieustannym wyrywaniu się swojemu bytowi. Jak należy to rozumieć? Otóż świadomość istniejąca jako np. czytanie tekstu, jest czytaniem tekstu, ale jednocześnie świadomością owego czytania, czyli jednocześnie jest i nie jest, tym czym jest. Byt „dla siebie” jest bytem specyficznie ludzkim i to on wprowadza w świat nicość. Inaczej, to człowiek dokonuje unicestwienia bytu. W celu zrozumienia, na czym polega to unicestwienie bytu „dla siebie” przedstawię przykład Sartre’a. Opisuje on spotkanie z Piotrem w kawiarni, do którego nie doszło. Kawiarnia, stoliki, klienci to pełnia bytu, podobnie jak aktualna obecność Piotra w jakimś miejscu. Podkreśla Sartre jednak, że „w postrzeganiu mamy zawsze do czynienia z konstrukcją formy na jakimś tle”. W analizowanym tu przypadku kawiarnia, obecni w niej ludzie etc. byliby tłem dla Piotra. Fakt, że świadomość czyni z kawiarni, stolików, innych ludzi tło dla formy Piotra stanowi pierwszą neantyzację.[3] Czytamy: „Kiedy wchodzę do kawiarni, aby znaleźć w niej Piotra, wszystkie przedmioty kawiarni tworzą syntetyczny układ stanowiący tło, na którym ma ukazać się Piotr. I to zorganizowanie kawiarni w tło stanowi pierwszą nicościującą negację.” Gdy Piotra nie ma, dochodzi do drugiego unicestwienia– oczekiwałem spotkania Piotra, a Piotra nie ma. Gdybym odnalazł Piotra w kawiarni, kawiarnia stałaby się ‘dyskretną obecnością’, ponieważ zaś Piotra nie ma podlega ona ciągłemu nicościowaniu: „nieobecność [Piotra] sprawia, że kawiarnia zastyga w stanie rozmycia, że pozostaje tłem, nadal jawi się jako niezróżnicowana całość mojej tylko marginalnej uwadze, umyka gdzieś do tyłu, wciąż podlega nicościowaniu. (…) Toteż mojej naocznej intuicji dane jest tylko migotanie nicości, nicości tła, którego nicościowanie wzywa, domaga się pojawienia się formy, podczas gdy sama ta forma, czyli nicość, ślizga się jako nic po powierzchni tła. Podstawę sądu: <Piotra nie ma> stanowi więc intuicyjne uchwycenie podwójnego nicościowania.”[4]

Bardzo prosto domyślamy się, że tym bytem, za którego sprawą nicość przychodzi na świat, jest człowiek. Człowieka byt „dla siebie” można według Sartre’a określić przez trzy ekstazy: ku nicości, ku bytowi „dla innego”, i ku bytowi.

Heidegger powiedział jeszcze inaczej: „Człowiek to byt dążący do śmierci”. Jego filozofia egzystencjalna jest pewną reakcją na uprzedmiotowienie człowieka, degradację go do roli ślepca w jaskini, strukturę okrutnego behawioryzmu, na socjologię doświadczenia, logikę, świat i człowieka w nim jako bezosobową „wiązkę ról społecznych”. Heidegger bardzo prosto opisuje zjawiska i mechanizmy życia zbiorowego – są określone mianem „się żyje”. To jak definiuje człowieka Martin zbliżone jest do terminu homo sociologicus. Żyje w społeczeństwie, w tłumie mas, trwa pośród ludzi, biernie adaptuje się do środowiska. Wszelkie czynności są przyjęte, narzucone odgórnie i powtarzane, nawet pewne słowa czy gesty. W konsekwencji człowiek zatraca się w swojej indywidualności, staje się anonimowy i wegetuje (bo nigdy prawdziwie żyje) pośród szarej codzienności. Ten utarty schemat uznaje za naturalny, nie doszukuje się niczego więcej, gdyż tylko taki szablon zna – nie śmie kwestionować go, ani myśleć o innym. Iluzyjna idylla, jak się zdaje, to nic innego jak pozorne poczucie tożsamości z bytem zespołowym, jakim są konformizm masy, postępowanie według utartych schematów, wyrafinowane zafascynowanie codziennością, co pozwala tejże jednostce zapomnieć o „wrzuceniu w świat” i przymusowym odejściu. Człowiek jest skazany na troskę, trwogę i odpowiedzialność. Człowiek jest wolnością, została nam ona dana. Czyż nie paradoksem i absurdem ludzkiej egzystencji jest to, iż człowiek jest skazany na wolność? Ciągle zakładamy maski, żyjemy nieautentycznie, nieszczerze, w pewnej fikcji – uciekamy od wolności. Życie, oszukane życie, jest upadkiem. Próby ucieczki od egzystencji nigdy nie będą udane. Heidegger bardzo prosto nazywa sytuacje, które mogą nam obudzić z uśpienia – granicznymi.  Zwyczajnie tragiczne doświadczenia (konflikt moralny, przekraczanie barier etycznych, śmierć bliskich) ukazują ułudę naszego trwania w samotności i absurdalności. W tym momencie pojawia się „trwoga”, ona nas wykorzenia z bezosobowego zaimka „się” (niem. das Man), przedstawia nas samym sobie, wtedy dowiadujemy się prawdy o osamotnieniu, braku zadomowienia, obcości w świecie, o tym wszystkim, co chcieliśmy przed sobą ukryć. Egzystencja staje się autentycznością, a my boimy się prawdy… zwłaszcza o nas samych. Bierzemy życie na własne barki. Zyskujemy poczucie odpowiedzialności za siebie, za świat. Nie przyjmujemy nic z zewnątrz, odkrywamy wnętrze, odnajdujemy siebie. Poznajemy samych siebie (łac. nosce te ipsum). Człowiek prawdziwy, autentyczny, to człowiek świadomy fakty swej samotności, nieokreślonej przez żadne „ja”, pojmujący swoją nicość, marność i oceniający siebie z punktu widzenia tej właśnie nicości. Będąc w pełni autentycznymi możemy całkowicie zaznać poczucia wolności, gdyż wiemy o swojej nicości, że jesteśmy skazani na śmierć. Według Heideggera osiągnięcie takiego stanu jest jedynie możliwe, gdy jednostka zakwestionuje wszelkie manifestacje życia zbiorowego. Człowiek musi odrzucić Peiperowską Masę.

Śmierć jest klamrą zamykającą życie w całość, daje możliwość zajęcia stanowiska wobec całego życia. Gdy widzimy życie „poprzez śmierć” wyraża się wtedy najpełniej „troska o coś”, „troska o kogoś” i „troska o własny nasz byt”, wyraża się „lęk przed światem”, lęk o istnienie w świecie. Dojrzenie uczuć z perspektywy czasu, śmierci pomaga wreszcie spojrzeć obiektywnie na świat, na nas.

 

Szymborska w pułapce egzystencjalizmu

Problematykę egzystencjalizmu podejmowała także nasz noblistka Wisława Szymborska. Możemy ją dojrzeć już we wczesnym tomiku wierszy z 1986 r. pt. „Ludzie na moście”, posiada on filozoficzny sens, jest metaforą ludzkiego losu jako „bytu ku śmierci”. Taką problematykę egzystencjalną podejmuje wiersz zamykający tom, nawiązujący do jego tytułu. Ukazani są w nim ludzie odbywający „drogę bez końca”. Uwaga narratora skupia się na ich zachowaniu:

„Nic szczególnego na pierwszy rzut oka.

Widać wodę.

Widać jeden z brzegów.

Widać czółno mozolnie płynące pod prąd.

Widać nad wodą most i widać ludzi na moście.

Ludzie wyraźnie przyspieszają kroku,

bo właśnie z ciemnej chmury

zaczął deszcz ostro zacinać”.

Podmiot liryczny przygląda się pejzażowi japońskiego malarza, Andō Hiroshige. Statyczność obrazu, i uwiecznionych na nim ludzi, pobudza podmiot liryczny do rozważań egzystencjalnych. Otóż zdaniem podmiotu lirycznego ludzie z obawy przed wciąż płynącym czasem – czasem, którego nie sposób zatrzymać – malują podobne obrazki, aby uwiecznić chwilę, aby sprawić, że rzeczy i ludzie z obrazu będą trwać wiecznie nawet po śmierci ich twórców (czyste nawiązanie do Horacjańskiego non omnis moriar).

Podmiot liryczny jest zirytowany, że człowiek przejawia postawę buntowniczą przeciw naturalnemu porządkowi, że nie chce uznać, iż jest istotą śmiertelną, przemijającą w czasie.

Można odczuć pewne oburzenie podmiotu lirycznego, zdaje on sobie zupełnie sprawę z nieuchronności upływającego czasu. Każda człowiecza próba zatrzymania czasu jest bezcelowa i bezsensowna: „Ulegają czasowi, ale nie chcą go uznać. Mają sposoby, żeby swój sprzeciw wyrazić”. Autor obrazka zostaje nazwany buntownikiem, dzieło nie zostanie wychwalone i przejdzie bez najmniejszego echa. Ludziom się wydaje, że umieszczeni na obrazu, zatrzymali czas, że spotkała ich wieczność. Podmiot liryczny kpi z nich i ich wyśmiewa. Przed śmiercią nie uciekniemy, wręcz przeciwnie – my dążymy do niej.

„Dżuma” zadżumiona – Camus jako nienazwany egzystencjalista

Powieść Alberta Camusa bardzo poważnie traktuje egzystencjalne dylematy. Reprezentuje tutaj egzystencjalizm ateistyczny jako kontynuację myśli Sartre’a. Zakłada nieustanną i prędką zmianę człowieka, że może podlegać wątpliwości samo jego istnienie. Według egzystencjalizmu ateistycznego jednostka ludzka „staje się”, jest trudna do ujęcia. Człowiek kształtuje się sam przez całe życie. Jest bytem wolnym i sam decyduje o swoich losach.

Akcja utworu dzieje się w mieście Oran w latach 40. XX w., które zostało przesiąknięte epidemią. Osobami reprezentującymi postawę egzystencjalistyczną są doktor Jean Tarrou oraz Bernard Rieux.

Doktor Bernard Rieux jest ateistą – nie wierzy w Boga. Mimo to jego zawód jest najwyższą wartością. Pacjenci są dla niego priorytetem i za wszelką cenę pragnie walczyć o ich życie do samego końca. Rozpoczęcia kariery medycznej było bardzo trudne – może nawet na samym początku nie rozumiał swojej decyzji i nie zdawał sobie sprawy z konsekwencji. Dopiero z czasem w pewnym sensie zrozumiał, że jego powołaniem i misją jest niesienie pomocy innym. Nie godził się na śmierć i nie uważa, że można ją jakoś oswoić, czy przyzwyczaić się. Owszem, zdaje sobie sprawę z kruchości i ulotności ludzkiego życia, ale nie daje za wygraną, chce, choć na chwilę, złapać resztki czyjegoś życia. Reprezentuje humanizm heroiczny, w czym jest podobny do mitologicznego Syzyfa. Jego praca jest bezcelowa, gdyż nigdy niczyjego życia nie przedłuży. Za swój trud nie otrzyma nagrody, a mógłby zostać świętym, gdyby tylko wierzył we wszechmogącego Boga.

Tarrou można powiedzieć, że jest obcy, ponieważ pojawia się w Oranie tuż przed samym wybuchem epidemii. Jego ojciec był zastępcą prokuratora generalnego. Jean nie wiedział, że do obowiązków ojca należą m.in. egzekucje, gdy już został o tym uświadomiony, opuścił dom i rozpoczął życie według własnych zasad. Chce walczyć ze złem (początkowo angażował się w politykę). Zaprzyjaźnił się z doktorem Rieuxem, by razem toczyć bój przeciwko dżumie. To w Oranie Tarrou mógł w pełni zaangażować się w swoją misje prowadzenia walki przeciwko złu. „Zadżumienie” Tarrou rozumie nie tylko jako chorobę, ale także całe zło świata. Ucieka od morderstwa („mam wstręt do wyroków śmierci”) i reprezentuje pacyfizm – to dzięki takiej postawie ma osiągnąć spokój, a ostatecznie świętość. Naraża własne życie, nie robi z siebie bohatera.

Wielką przemianę przechodzi Ojciec Paneloux, który najpierw twierdzi, że dżuma jest karą za grzechy („źli słusznie drżą”). Mówi o chorobie, jakby go zupełnie nie dotyczyła. Momentem przełomowym jest śmierć dziecka – syna sędziego. Ojciec brał pod uwagę grzechy dorosłych, jednak nie mógł zrozumieć cierpienia małego dziecka. W tym momencie zmienia się jego myślenie. Używa już zaimków „my” – dżuma zaczyna także oddziaływać na niego, staje się częścią tej społeczności. Zło już nie jest karą za grzechy. Wydawać by się mogło, że śmierć dziecka nie miała żadnego sensu. Jednak dzięki niej Paneloux zmienia sposób myślenia, zrozumiał, że dżuma ma zupełni inne znaczenie. Dżuma sprawdza człowieka, pozwala przekonać się, kim tak naprawdę jesteśmy. Wypowiada ważne słowa: „trzeba we wszystko wierzyć albo wszystkiemu zaprzeczyć”. Umiera na dżumę pogodzony ze światem.

Człowiek w swoim życiu musi dokonywać wyborów i być w pełni odpowiedzialny za swoje czyny. Moralne decyzje są najtrudniejsze do zaakceptowania. Zło, które nie wynika z natury człowieka, może bardziej z otaczającego świata, kusi i przyciąga, daje przyjemność, a nie ukazuje konsekwencji. W momentach trudnych poznajemy siebie, w chwilach, gdy jesteśmy poddawani próbie. Wszakże Szymborska pisała „wiemy o sobie tyle, ile nas sprawdzono”. A więc teraz jeszcze się kształtujemy, chodzimy po omacku po naszym życiu, a kiedyś wszystkie nasze doświadczenia pomogą nam i innych w jakiejś ważnej kwestii, w tym momencie, gdy okaże się, że to był cel ludzkiej wędrówki. Moralne wybory mogą przytłoczyć, ponieważ z ich konsekwencjami pozostajemy tylko my, nikt inny ich nie chwyci, nie zrozumie, nie pomoże. Musimy sami sobie z naszym wnętrzem poradzić. Jednakże wielka będzie satysfakcja, jak na sam Koniec okażemy się tymi dobrymi ludźmi, którzy dokonywali najlepszych wyborów i starali się. Nawet, jeśli miałoby być to najmniejsze zło.

[1] G. L. Gutek, Filozoficzne i ideologiczne podstawy edukacji, Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne, Gdańsk 2003, s. 111).

[2] W. Tatarkiewicz, Historia filozofii. Filozofia XIX wieku i współczesna, Warszawa 1970, t. 3, s. 348

[3] J.P. Sartre, Byt i Nicość, dz. cyt., s. 780.

[4] Tamże.

„Myślę, że jest tylko jeden rodzaj ludzi. Ludzie”

Image
„Zabić drozda” autorstwa Harper Lee. Książka, która momentami bawi, ale i wzrusza. Przede wszystkim daje do myślenia. W trakcie czytania powstaje w naszych głowach wiele pytań, a po przeczytaniu jest ich jeszcze więcej. Odpowiedzi na nie na pewno nie znajdziemy w Wikipedii ani Encyklopedii, szukać musimy w naszych sercach, w naszej moralności.

Lata 30. XX wieku, małe, amerykańskie miasteczko Maycomb w stanie Alabama. Skaut, dziewięcioletnia dziewczynka, opowiada nam najważniejsze wydarzenia, których sama do końca nie rozumie.

Książka jest podzielona na dwie części. W pierwszej widzimy z perspektywy Skaut, lub Smyka (zależnie od tłumaczenia), beztroskę dzieciństwa i radość między sąsiadami w miasteczku. Dowiadujemy się także o pewnym mieszkańcu, nijakim Boo Radleyu. Postać ta jest odrzucona przez społeczeństwo, które uważa Boo za chorego psychicznie. Sama autorka sprawia, że czytelnik zastanawia czy z nim jest wszystko w porządku i czy jego rodzina postępuje właściwie ukrywając go.  

Druga część jest mroczniejsza, odchodzi od codziennego życia. To były najgorsze lata w Ameryce dla Murzynów i najtrudniejszy do poruszenia temat. Dwie rasy żyły od siebie oddzielnie. Nagle odważny Atticus Finch, ojciec małej Skaut i jej brata Jema, prawnik pewnego dnia decyduje się bronić Murzyna Toma Robinsona, oskarżonego o gwałt na białej dziewczynie. Powstają z tego powodu niemałe komplikacje międzyludzkie. Szanowany Atticus staje się głównym tematem plotek i szyderstw. Prawnik nie przejmuje się opinią ludzi i mówi bardzo mądre słowa: „Jedyna rzecz, która nie podlega przegłosowaniu przez większość, to sumienie człowieka.” Atticus, gdyby nie podjął się obrony Toma Robinsona, miałby do końca życia wyrzuty sumienia.

„Zabić drozda” jest amerykańską lekturą. Dlaczego wiec my, czy jakikolwiek inny naród, jakikolwiek człowiek na tym świecie, ma czytać ową książkę? Przecież u nas nie ma Murzynów, problem rasizmu nie dotyka nas bezpośrednio. Otóż w Ameryce, owszem, głównie ograniczają się do problemu rasizmu, ale my możemy zrobić z niej uniwersalną powieść.

Zacznijmy od wyjaśnienia samego tytułu. W powieści zostaje nam powiedziane, dlaczego grzechem jest zabić drozda. Drozdy to bardzo małe, różnego ubarwienia, ptaszki, które swoim pięknym głosem raczą nasze ucho i nie robią nam żadnej krzywdy. Zarówno Tom Robinson jak i Boo Radley są tytułowymi drozdami, dwaj niewinni bohaterowie, pokrzywdzeni przez los i brutalnie potraktowani przez ludzi. Im też należy się normalne życie bez względu na to jak wyglądają i czy są chorzy czy nie.

Odwołując się do słów Skauta, wypowiedzianych pod koniec książki („jest tylko jeden rodzaj ludzi. Ludzie.”) pragnę podkreślić, że wszyscy jesteśmy tacy sami i równi sobie. Nie ma ludzi równiejszych.

Na podstawie powieści w 1962 roku powstała ekranizacja książki, w której rolę Atticusa wcielił się wybitny Gregory Peck.

„Podaję ci dłoń, żebyś nie upadł.”

Image

 

 

                „Drogi Gabrielu” – książka, obok której nie da się przejść obojętnie. Sama forma jest dosyć zaskakująca, gdyż są to listy pisane przez ojca do syna. Może to się wydać dziwne, ponieważ z góry zakładamy, że to matki są wrażliwsze i bardziej skłonne do egzaltacji listownych. Książka pokazuje nam, że jednak każdy człowiek ma prawo cierpieć i nawet ojciec (zazwyczaj opanowany, głowa rodzinny, zapewniający bezpieczeństwo) traci siłę i staje się bezbronny wobec okrucieństwa losu.

                Gabriel to chłopiec, u którego stwierdzono autyzm atypowy i ADHD. Autyzm jest wciąż chorobą, o której bardzo mało wiemy. Chory najczęściej zdaje sobie sprawę o swojej odmienności, a dodatkowo ojciec Gabriela utwierdza go w tym. Chłopiec nie może sobie z tą odmiennością i „wyjątkowością” poradzić. Jednak nie tylko dziecku jest trudno, rodzice szczególnie przeżywają chorobę. O tym właśnie pisze narrator listów, który jest utożsamiany z autorem.

                Książka nie do końca powie nam jak sobie poradzić z autyzmem. Książka pokaże nam, że nie tylko my jedni jesteśmy z podobnym problemem. Freihow opisuje swoje uczucia, swój ból, swoje życie i relację z synem. Chłopiec, który nie rozumie prozy życia, metafor z niego płynących, paradoksów otaczających go zewsząd, który widzi świat taki jaki jest – płaski, bez głębi – trwa w ciągłym lęku. Boi się zaburzenia planu dnia, lęka się zmian, wszystko musi mieć swój logiczny sens. Lecz nie tylko jeden taki Gabriel jest na świecie, niestety istnieje ich wiele.

                Jak się czyta książkę? Lekko. Można „pochłonąć” ją jednym tchem. Rzadko znajdziemy wybitnie uplastyczniony język. Autor pisze zrozumiale, prostymi słowami. Słowami, które przede wszystkim mają trafić do chorego dziecka. Listy uczą nas cierpliwości. Bardzo często nerwy nam puszczają w błahych sytuacjach. Zapewniam, że po przeczytaniu tej książki uczucia nie będą już stały nam na drodze. „Drogi Gabrielu” to nie książka na jeden dzień, to książka, która (przy drobnym wkładzie naszej wrażliwości) zostaje w nas na rok, a nawet i na całe życie. 

„Lolita, światło mojego życia, płomieniu moich lędźwi. Lo-li-ta.”

Książki zastępują mi oddychanie, bez nich nie potrafiłabym żyć. Często słyszę pytanie: „Jaka książka jest twoją ulubioną?”. Odpowiedzieć na nie, jest jak dla matki wskazanie dziecka, które najbardziej kocha. To niemożliwe, nie da się tego zrobić. Każda powieść jest świetna, każda ma swoją duszę, każda jest inna i przez to wyjątkowa. Jednak mogę powiedzieć, która książka była najtrudniejsza, jak niesforne dziecko, któremu trzeba poświęcić wiele uwagi. „Lolita” spędzała mi sen z powiek. Przebrnęłam przez nią z wielkim zachwytem. W każdej chwili, w dowolnym miejscu, czytałam. Gdy już ją zamknęłam i odłożyłam do szafki, nie mogłam przestać o niej myśleć.

Motyw nieszczęśliwej miłości jest poruszany często, ale nigdzie nie jest tak pięknie, kontrowersyjnie i tragicznie opisany. Vladimir Nabokov nakreślił nam psychologiczny portret człowieka, którego epizod stracenia ukochanej dziewczyny w dzieciństwie, zaburzył sferę emocjonalną i upośledził ją.  Humbert, fanatyk nimfetek, wzbudzał we mnie pewną litość. W dużym stopniu współczułam mu. Ale czy powinnam? Czy ludziom powinno się współczuć szczęścia?  Jego perwersyjne uczucie do Lolity było prawdziwe. Dolores jedynie swoją obecnością sprawiała, że był w raju. Próbowałam go zrozumieć. Kochał. Wydaje mi się, że ile jest ludzi na świecie, tyle jest rodzajów miłości (powiedzmy, że jest to swego rodzaju miłość, choć może bardziej byłabym skłonna nazwać to zafascynowaniem). Każdy w swoim małym świecie tworzy pewne wyobrażenia wszystkiego wokół. Humbert faktycznie myślał, że Lolita pragnie go tak samo jak on jej. Jednak ich relacja była bardzo skomplikowana. Dolores była wielką egoistką i pozwalała się tak traktować jedynie dla pieniędzy. Nigdy nie czuła nic do Humberta. Rozumiem tragizm jego postaci. Pojmuję jego miłość. Można by ją określić jako chorobliwą, szaleńczą, obsesyjną, pełną uzależnień. Tak pełne zaangażowanie zdarza się artystom, ludziom wrażliwym, taki Humbert niewątpliwie był.

Nie będę gloryfikować wszystkich zachowań Humberta. Powinnam przestrzec wszystkich starszych mężczyzn przed braniem Humberta za autorytet, gdyż jego czyny w świetle prawa są karalne. Traktując „Lolitę” jako fikcję literacką, Humbert jest moją ulubioną postacią. Jednak, gdybym spotkała w rzeczywistości taką osobę, domagałabym się rozprawy sądowej za natychmiastowym uznaniem winy. Nie należy też zapominać, że Humbert faktycznie trafia do więzienia, ale za morderstwo. Mężczyzna zabił swego rywala, w którym Dolores się kochała (był to oczywiście kolejny dorosły mężczyzna, który „brał się” za młode dziewczyny).

Można też się zastanawiać, dlaczego Dolores pozwalała na to. Czy powodem było tylko to, iż dziewczyna szybko dojrzała seksualnie? Czy słabe stosunki z matką i brak ojca były także ważne? Co się stało z Humbertem w więzieniu? Czy Dolores była szczęśliwa? I przede wszystkim, jak było naprawdę? Na te pytania możecie sami odpowiedzieć po przeczytaniu książki.

„Lolita” pokazała mi, że czas zacząć siebie kontrolować, czas być świadomą swoich czynów i brać pod uwagę nie tylko głos serca, ale i rozumu. Dlatego każdemu polecam tę książkę, gdyż, jak to mówił Czesław Miłosz: „Od nas zależy co w dziełach widzimy”. Jestem pewna, że każdy z Was zwróciłby uwagę na różne fragmenty i opowiedział mi książkę z zupełnie innej perspektywy.

Dodatkowo dla chętnych gorąco polecam obejrzenie adaptacji „Lolity”, gdzie główne role zagrali Jeremy Irons oraz Dominique Swain.
Obrazek